Za nami drugie spotkanie w szkole rodzenia i znów mogę ze szczerego serducha zachęcić każdą przyszłą mamę do skorzystania z takich zajęć. Po zajęciach czuję się pewniej w roli przyszłej mamy i autentycznie dochodzi do mnie, że wielki dzień coraz bliżej. Chodzenie na szkołę razem z moim mężem ma dla mnie ogromną wartość. Pomaga mi go jeszcze bardziej zaangażować w ciążę i daje jemu świadomość, że ta malutka kruszynka już JEST, a nie dopiero BĘDZIE.

Na drugie zajęcia dotarliśmy jak zawsze, ledwo na czas. Godzina 16:00 – godzina zajęć jest dla nas troszkę niefortunna, ze względu na to, że mąż czasami tuż przed czwartą kończy pracę i cały dzień to dla niego istny maraton. Cieszę się, że pomimo takiego tempa nie odpuszcza! 🙂 Tak więc w biegu ściągnęliśmy kurtki i buty….. i pędem weszliśmy na salę, zająć sobie miejsca na wygodnych workach sako. Na szczęście zanim się zaczęło mogliśmy chwilkę odsapnąć. Na zajęciach gościliśmy Panią psycholog. Każdy z naszego grona musiał się przedstawić i powiedzieć kilka słów o swojej, już co najmniej trzyosobowej rodzinie. Dalej cała rozmowa, albo raczej opowiadanie krążyło wokół psychologii prenatalnej. Poruszaliśmy temat Baby Blues’a czyli okresu po porodzie, kiedy mama nie najlepiej czuje się psychicznie. Omawialiśmy jak zmieniają się nastroje i psychika kobiet w ciąży. Pod lupę brany był też przyszły tata i jego odczucia. Rozmawialiśmy o początkowym okresie po urodzeniu dziecka, jak się odnaleźć w nowej sytuacji, o tym, że świeżo upieczony tata również musi czuć się potrzebny i nie powinno się go spychać na boczny tor. Rozmawialiśmy o tym, ile czasu nowa rodzina (mama, tata i maleństwo) potrzebują tylko dla siebie, bez żadnych ciekawskich gości. Myślę, że takie uświadamianie sobie pewnych rzeczy to super sprawa, zwłaszcza jeśli jest się na zajęciach z mężczyzną, który raczej nie zbyt dobrze orientuje się w ciążowych temach. Po pożegnaniu Pani psycholog przeszliśmy już do naszych zajęć. Rozmawialiśmy o kontakcie z rozwijającym się maluchem, roli kangurowania i pierwszego kontaktu skóra do skóry, uczyliśmy się masażu maluszka. Podczas praktycznej, ostatniej części uczyliśmy się również noszenia dzieci w chustach i nosidełkach. To właśnie chustowanie mojemu mężowi podobało się najbardziej. Od razu chwycił za długi kawałek materiału i powiedział, że to on będzie w naszej parze ćwiczył. Postanowiłam nie protestować. Przy tym ćwiczeniu było mnóstwo śmiechu. 😀 Jak już udało się nam zawiązać odpowiednio materiał, dostaliśmy lalkę i mogliśmy włożyć ją do chusty. Fajnie było widzieć mojego męża tak zafascynowanego tymi ćwiczeniami. Od razu jak wychodziliśmy stwierdził: „Na pewno będę ją (naszą małą M.) nosił w chuście, to już postanowione!”. I pojechaliśmy na pyszne lody. 😀

P.S.

A jak Wasi partnerzy reagują na ciążowe tematy? Interesują się, czy raczej są obok tego?

Ciekawa jestem jak wyglądają lub wyglądały Wasze zajęcia szkoły rodzenia, podzielcie się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami! Chętnie poczytam. 🙂

Pozdrawiam A.

Reklamy